22 Sierpnia, 2017

Po kilku dniach w Sarajewie postanowiliśmy nadrobić trochę drogi i ruszyć do Mostaru – miasteczka jak z bajki, które jest obowiązkowym punktem na mapie Bałkanów.

Spacerując jego wąskimi, klimatycznymi uliczkami, dotarliśmy do serca tego miejsca – Starego Mostu.

Zbudowany w XVI wieku przez Osmanów, przez wieki symbolizował połączenie Wschodu i Zachodu. Niestety, w 1993 roku, podczas wojny w Bośni, został zniszczony. Odbudowano go w 2004 roku, wykorzystując oryginalne techniki i materiały. Dziś znów spina oba brzegi Neretwy, przypominając o historii i niezwykłej odporności tego miasta.

Skoki z mostu to tradycja sięgająca setek lat. Każdego lata śmiałkowie skaczą z 24 metrów prosto do wody – adrenalina gwarantowana! Sam się nie odważyłem, ale widok i atmosfera tego miejsca robią niesamowite wrażenie.
/
After a few days in Sarajevo, we decided to make up some ground and head to Mostar – a fairytale-like town that is a must-visit spot on the Balkans map.
Wandering through its narrow, charming streets, we reached the heart of this place – the Old Bridge.
Built in the 16th century by the Ottomans, it symbolized the connection between East and West for centuries. Unfortunately, in 1993, during the Bosnian War, it was destroyed. It was rebuilt in 2004 using original techniques and materials. Today, it once again connects both sides of the Neretva River, serving as a reminder of the city’s history and incredible resilience.
Jumping from the bridge is a tradition dating back hundreds of years. Every summer, daredevils leap from 24 meters straight into the water – adrenaline guaranteed! I didn’t dare to try, but the view and atmosphere of this place are truly breathtaking.

22 sierpnia 2017

Podczas podróży zawsze staram się odkrywać lokalną sztukę uliczną . Robię to jeszcze zanim odwiedzę galerie i muzea – dzieje się to naturalnie, bo spędzam mnóstwo czasu spacerując po ulicach. To najlepszy sposób, by poczuć klimat danego miejsca.

W Mostarze natrafiłem na wiele fascynujących murali, z których sporo poruszało tematykę postwojenną 🕊️

/
August 22, 2017

When I travel, I always try to explore the local street art. I do this even before visiting galleries and museums – it happens naturally because I spend so much time walking around. It's the best way to feel the atmosphere of a place.

In Mostar, I came across many fascinating murals, many of them with post-war themes ​​​​​​​
23 Sierpnia, 2017
Međugorje to niewielka miejscowość w Bośni i Hercegowinie, jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Europie. Od 1981 roku przyciąga setki tysięcy wiernych rocznie, którzy przyjeżdżają tu w związku z relacjami o objawieniach maryjnych.

Jako fotograf interesuje mnie zjawisko turystyki, a Međugorje okazało się niezwykle ciekawym miejscem do obserwacji. Mieszanka duchowości i komercji, osób przybywających tu w poszukiwaniu głębszych przeżyć oraz turystów chłonących atmosferę miejsca – to wszystko tworzyło intrygujący kontrast. Mogłem dokumentować te momenty z dużą swobodą, niemal wtapiając się w tłum.

To zderzenie religii i turystyki było dla mnie ciekawym fenomenem do uchwycenia – przestrzeń, w której sacrum i codzienność przenikają się na wielu poziomach.
/​​​​​​​
~ 23 August, 2017
Međugorje is a small town in Bosnia and Herzegovina, one of the most important pilgrimage sites in Europe. Since 1981, it has attracted hundreds of thousands of believers each year who visit in connection with reports of Marian apparitions.

As a photographer, I am fascinated by the phenomenon of tourism, and Međugorje turned out to be an incredibly interesting place to observe. The mix of spirituality and commerce, people seeking deeper experiences, and tourists absorbing the atmosphere of the place—all of this created a compelling contrast. I was able to document these moments with great freedom, almost blending into the crowd.

This intersection of religion and tourism was a fascinating phenomenon to capture—a space where the sacred and the everyday intertwine on many levels.
24 sierpnia 2017
Powoli opuszczaliśmy Bośnię, kierując się na południe. Robiło się coraz goręcej, a my już od dłuższego czasu szliśmy poboczem, bezskutecznie próbując złapać stopa.. choć plan był ambitny – chcieliśmy dotrzeć tego dnia do Chorwacji.
Nagle zobaczyliśmy genialne miejsce przy rzece – małą, urokliwą wysepkę, idealną na camping. Weszliśmy tam, żeby się orzeźwić i na chwilę schronić przed palącym słońcem. Wtedy przyszła decyzja: zamiast dalej się męczyć, zostajemy.
Na miejscu spotkaliśmy grupę miejscowych, którzy spędzali tam dzień, grillując i kąpiąc się w rzece. Dołączyliśmy do nich – bez większych słów, ale z uśmiechem. Wspólne jedzenie, skakanie do wody i puszczanie baniek mydlanych, które mieliśmy ze sobą, sprawiły, że ten dzień był pełen prostych, ale niezapomnianych momentów.
Czasem warto odpuścić plany i po prostu cieszyć się chwilą.
/

August 24, 2017

We were slowly leaving Bosnia, heading south. It was getting hotter, and we had been walking along the roadside for quite some time, unsuccessfully trying to hitch a ride. Our plan was ambitious—we wanted to reach Croatia that day.

Then, we spotted a perfect spot by the river—a small, charming island, ideal for camping. We stepped in to cool off and escape the scorching sun for a while. That’s when we made the decision: instead of exhausting ourselves further, we’d stay.

There, we met a group of locals spending the day grilling and swimming in the river. We joined them—not with many words, but with smiles. Sharing food, jumping into the water, and blowing soap bubbles we had brought with us turned this day into one of those unexpected yet unforgettable moments on the road.

Sometimes, it’s worth letting go of plans and simply enjoying the moment.
25 Sierpnia, 2017
Rybacy zarzucają sieci, a ja wystawiam kciuk na poboczu. Oni czekają na połów, ja – na podwózkę. To trochę loteria, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie los. Może uda się złapać wielką rybę, może ktoś zatrzyma się od razu, a może przyjdzie czekać godzinami.
Ale to właśnie w tym oczekiwaniu kryje się magia – bo nigdy tak naprawdę nie wiadomo. Oczekiwanie… i nagle coś się dzieje. Sieć jest pełna. Auto się zatrzymuje. Zbieram plecak i wsiadam do nowej historii. Może to będzie tylko krótki odcinek, a może początek długiej podróży.
Wsiadam – droga sama wie, gdzie powinna mnie zabrać.
/
August 25, 2017
Fishermen cast their nets, and I stick out my thumb by the roadside. They wait for a catch, I wait for a ride. It’s a bit of a lottery because you never know what fate will bring. Maybe they’ll reel in a big fish, maybe someone will stop right away, or maybe I’ll be waiting for hours.

But that’s where the magic lies – in the waiting, in the unknown. Waiting… and then suddenly, something happens. The net is full. A car pulls over. I grab my backpack and step into a new story. Maybe it’ll be just a short ride, or maybe the beginning of a long journey.

I get in – the road always knows where it’s meant to take me.

27 Sierpnia, 2017
Molunat – małe miasteczko, wielki spokój. Atmosfera totalnego relaksu, idealna na zakończenie wakacji… do tego wypadły akurat moje urodziny, więc zatrzymaliśmy się na jeszcze jeden dzień dłużej. Cudownie było celebrować w takim miejscu, chłonąć pozytywną energię i po prostu być – tu i teraz. 
/
Molunat – a small town with a big sense of peace. The perfect spot to unwind at the end of summer… and since my birthday happened to fall while we were here, we decided to stay an extra day.  It was amazing to celebrate in such a place, soak in the positive energy, and simply be – here and now. 
28 sierpnia 2017

Tego dnia obudziliśmy się jak nowo narodzeni. Po kilku dniach totalnego relaksu nasze baterie były naładowane do pełna. Jednak głód podróży powrócił. Z lekkim żalem zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami sporo kilometrów, w dodatku pod górkę – a po tych dniach spędzonych na plaży zdążyliśmy się trochę odzwyczaić od wysiłku. Mimo to byliśmy pełni motywacji, bo tego dnia mieliśmy odkryć nowy kraj na naszej trasie – Czarnogórę.

Z każdą godziną słońce przygrzewało mocniej. Powietrze było gęste, duszne i wilgotne, morze parowało, a nad wodą unosiła się delikatna mgła, tworząc ciakawy efekt. Wkrótce dotarliśmy nad Zatokę Kotorską – miejsce jak z pocztówki. Turkusowa woda, otaczające ją góry i malownicze wioski sprawiały, że krajobraz zapierał dech w piersiach. Szliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Kotoru, a otaczająca cisza i majestatyczne góry dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Ludzie nad wodą leniwie spędzali czas, uśmiechali się do nas i byli bardzo uprzejmi. Co chwilę ktoś zagadywał nas na krótką rozmowę – czuliśmy się mile widziani, jakbyśmy byli tu u siebie.

Przez kolejne godziny kontynuowaliśmy marsz. Gdy zapadł zmrok, po prostu zatrzymaliśmy się przy drodze, tuż obok morza, i rozbiliśmy namiot. Bez pośpiechu, bez stresu – pełna wolność.

/ ENG

August 28, 2017
That day, we woke up feeling reborn. After a few days of complete relaxation, our batteries were fully charged. But the hunger for adventure had returned. With a hint of regret, we packed up our campsite and set off on the road again. We had quite a distance to cover, and much of it was uphill – after spending days on the beach, we had grown a bit unaccustomed to the effort. Still, we were full of motivation because that day, we were about to discover a new country on our route – Montenegro.
With every passing hour, the sun burned hotter. The air was thick, humid, and heavy, the sea was steaming, and a delicate mist hovered over the water, creating a fascinating effect. Soon, we reached the Bay of Kotor – a place straight out of a postcard. The turquoise water, the surrounding mountains, and the picturesque villages made the landscape truly breathtaking. We walked along the coastline toward Kotor, surrounded by silence and towering peaks that gave the place a sense of tranquility and security. People were leisurely enjoying their time by the water, smiling at us and being very friendly. Every now and then, someone would strike up a short conversation – we felt welcomed, as if we belonged there.
For several more hours, we kept walking. When night began to fall, we simply stopped by the roadside, right next to the sea, and set up our tent. No rush, no stress – pure freedom.
29 sierpnia 2017
Poprzedniego dnia pokonaliśmy spory odcinek drogi, w tym przeprawę promem przez Zatokę Kotorską. Wybrzeże było spokojne, ludzie gościnni, więc wykorzystaliśmy dzień do końca – rozbiliśmy się tam gdzie zastała nas noc, gdzie nogi odmówiły dalszej pracy.
Kolejnego ranka kontynuowaliśmy marsz w stronę Kotoru, zatrzymując się co jakiś czas na kąpiel w morzu. W pewnym momencie moją uwagę przykuł rowerzysta obładowany sakwami. Pozdrowiliśmy się – i  ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że to również Polak. Stanisław był w trasie z Poznania do Aten. Brzmiało to imponująco, zwłaszcza że był to mój pierwszy kontakt z bikepackingiem. Nie wiedziałem jeszcze, że za parę lat sam wkręcę się w ten styl podróżowania.
Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy dalej. W Kotorze, jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast na Bałkanach (UNESCO!), spacerowaliśmy po urokliwych uliczkach, gdy nagle... na dworcu autobusowym ponownie spotkaliśmy Staszka! Los chciał, że jego plan podjazdu w stronę Albanii nieco się skomplikował – liczył na podwózkę busem, ale zbyt duży bagaż pokrzyżował plany. Postanowił zostać na noc, by rano podjąć wyzwanie.
Tym razem to on podsunął nam pomysł na nocleg – klasyczne szukanie miejsca „na gospodarza”. Wystarczyło kilka rozmów i już po chwili rozbiliśmy polski basecamp w Kotorze.
To jedno z tych spotkań, które zostają w pamięci na długo.

/ ENG

August 29, 2017
The previous day, we had covered a significant distance, including a ferry crossing over the Bay of Kotor. The coastline was peaceful, the people hospitable, so we made the most of the day—setting up camp wherever nightfall found us, wherever our legs could carry us no further.
The next morning, we continued our march towards Kotor, stopping now and then for a swim in the sea. At one point, my attention was drawn to a cyclist loaded with panniers. We exchanged greetings—only to discover, to our surprise, that he was also Polish. Stanisław was on a journey from Poznań to Athens. It sounded impressive, especially since this was my first encounter with bikepacking. I didn’t know yet that in a few years, I would get hooked on this style of traveling myself.
After a short conversation, we moved on. In Kotor—one of the best-preserved medieval towns in the Balkans (UNESCO-listed!)—we wandered through its charming streets when suddenly… at the bus station, we ran into Staszek again! Fate had thrown a small wrench into his plans for cycling toward Albania—he had hoped to hitch a ride on a minibus, but his large baggage complicated things. He decided to stay the night and take on the challenge in the morning.
This time, he suggested a place for us to stay—using the classic method of finding a host. A few conversations later, and we had set up a Polish basecamp in Kotor.
It was one of those encounters that stay with you for a long time.
30 sierpnia 2017
Kierując się dalej na południe w stronę Albanii, z każdą godziną czuliśmy coraz większy upał. Powietrze drżało od gorąca. Nagle, w rejonach Budvy, dostrzegliśmy gęstą chmurę dymu – początkowo myśleliśmy, że to skutek wypadku drogowego. Chwilę później wiedzieliśmy już, że to ogień – bezlitosny, rozszalały żywioł pochłaniający wzgórza wokół nas. Wysokie temperatury, susza i silny wiatr sprawiły, że ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie, zmuszając do ewakuacji turystów i mieszkańców z niektórych obszarów.
W lipcu sytuacja była jeszcze gorsza – płonęły nie tylko czarnogórskie lasy, ale także tereny Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny. W akcjach gaśniczych brały udział lokalne służby oraz międzynarodowa pomoc, w tym samoloty gaśnicze z UE, próbując ujarzmić szalejący żywioł.

Mimo, że patrzyłem na ten spektakl zniszczenia przez szybę samochodu, trudno było nie czuć respektu.
Natura jest piękna, ale potrafi być także bezlitosna i przerażająca. Wystarczy chwila, by przypomnieć nam, jak niewiele mamy nad nią kontroli.

Pomimo dramatycznej sytuacji na trasie, dość sprawnie udało nam się pokonać objęte dymem tereny. Jako że nie mieliśmy większego planu, a jedynie obrany kierunek, zatrzymaliśmy się w miejscowości Bar na kawę i przekąskę. Czas na chwilę oddechu i zastanowienie się nad kolejnym krokiem.


/ ENG

August 30, 2017
Heading further south toward Albania, we felt the heat intensify with each passing hour. The air shimmered with heat. Suddenly, near Budva, we spotted a thick cloud of smoke – at first, we thought it was the result of a traffic accident. Moments later, we realized it was fire – a relentless, raging force devouring the hills around us. High temperatures, drought, and strong winds caused the flames to spread rapidly, forcing the evacuation of tourists and residents from certain areas.
In July, the situation was even worse – wildfires ravaged not only Montenegro’s forests but also parts of Croatia, Bosnia, and Herzegovina. Local emergency services and international aid, including firefighting planes from the EU, worked tirelessly to contain the raging inferno.
Even though I watched this spectacle of destruction through the car window, it was impossible not to feel a deep sense of respect.
Nature is beautiful, but it can also be ruthless and terrifying. It takes only a moment to remind us how little control we truly have over it.
Despite the dramatic situation on the road, we managed to navigate the smoke-covered areas quite smoothly. With no concrete plan—only a chosen direction—we stopped in the town of Bar for a coffee and a snack. Time for a short break and to decide on our next move.
30 sierpnia 2017

Im bliżej byliśmy granicy z Albanią, tym trudniej było nam się porozumieć z ludźmi. W większości dogadywaliśmy się na migi i pojedyncze słowa. Tego dnia złapaliśmy kolejną podwózkę – i znów, nie do końca wiedzieliśmy, dokąd dokładnie jedziemy. Kierowca wspomniał coś o plaży i znajomych, co wystarczyło nam w zupełności. Powoli zapadał zmrok, a za nami był długi dzień w drodze.
W końcu dotarliśmy na miejsce… akurat na zachód słońca. I to nie byle jaki. Myślę, że to był jeden z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem. Tak spektakularny, że ani słowa, ani matryca mojego aparatu nie są w stanie go oddać.
Ale łapcie kilka klatek – niech opowiedzą swoją historię.
/​​​​​​​
August 30, 2017
The closer we got to the Albanian border, the harder it became to communicate with people. Most of the time, we relied on gestures and a handful of words. That day, we caught another ride – and once again, we weren’t entirely sure where we were headed. The driver mentioned something about a beach and some friends, and that was good enough for us. The sun was setting, and we had already spent a long day on the road.
Eventually, we arrived… just in time for sunset. And not just any sunset. I think it was one of the most beautiful I’ve ever seen. So breathtaking that neither words nor my camera’s sensor could truly capture it.
But here are a few frames – let them tell their own story.
Przeszłość - Teraźniejszość - Przyszłość
Wszystko splata się w jedną opowieść.
/
PAST – PRESENT - FUTURE
Everything weaves into one story.
31 sierpnia 2017
Zainspirowany wcześniejszym zachodem słońca, wstałem wcześnie rano, by zobaczyć jego wschód. Pustka, cisza, niekończący się horyzont morza.
Uwielbiam ten moment tuż przed świtem – senną przestrzeń między nocą a dniem, snem a jawą. Oczekiwanie na subtelne, ciepłe światło, które topi chłód nocy. Uwielbiam to uczucie, jakby czas zwolnił, na chwilę się zatrzymał… a może nawet przestał istnieć. Choćby na moment.
​​​​​​​
August 31, 2017
Inspired by the previous sunset, I woke up early to witness the sunrise. Emptiness, silence, an endless horizon of the sea.
I love that moment just before dawn—the dreamy space between night and day, between sleep and wakefulness. The anticipation of soft, warm light melting away the night's chill. I love that feeling, as if time slows down, pauses for a while… or maybe even ceases to exist. Just for a moment.
31 sierpnia 2017
W podróży po Bałkanach słońce wyznaczało nasz rytm. Wstawaliśmy wcześnie, by uniknąć upałów, a przed zachodem słońca szukaliśmy miejsca na nocleg.
Tego dnia, gdy ujrzałem pierwsze promienie słońca, zawróciłem z porannego spaceru w stronę namiotu. Zobaczyłem Alicję już na nogach – była wyraźnie przestraszona. Okazało się, że obudziła ją policja, która kontrolowała plażę. Sprawdzali dokumenty i pytali o narkotyki. Niczego nie znaleźli, ale pobudka była niezbyt przyjemna.
Przy świetle dnia zobaczyliśmy, że miejsce, w którym spaliśmy, nosiło ślady wielu imprez – szałasy, drewniane konstrukcje i sporo śmieci. Najwyraźniej był to „party spot” poza sezonem. Zwinęliśmy rzeczy i ruszyliśmy dalej.
Na wyjeździe z plaży spotkaliśmy innych podróżników. Posiedzieliśmy w cieniu, rozmowa szybko pochłonęła czas, aż w końcu zatrzymało się auto. Autostop to loteria – czasem można stać godzinami przy ruchliwej drodze, a innym razem ktoś zgarnia cię od razu w środku pustkowia.
Tym razem kierowca zatrzymał się, bo zauważył logo firmy deskorolkowej „Emerica” na mojej czapce – sam prowadził skateshop. Od tego dnia to była moja szczęśliwa czapka. 
Dodatkowo nasi nowi znajomi mówili po angielsku – co w tej części Bałkanów było rzadkością. Po drodze zatrzymaliśmy się na wspólny posiłek i jeszcze długo rozmawialiśmy. To był jeden z tych dni, które przypominają, jak niesamowite jest podróżowanie. 
/
August 31, 2017
While traveling through the Balkans, the sun dictated our rhythm. We always tried to wake up early to avoid the scorching heat, and before sunset, we searched for a place to sleep.
That morning, as I watched the sun rise, I turned back from my walk toward the tent. Alicja was already awake—and visibly shaken. She told me that the police had woken her up while patrolling the beach. They asked for her documents and checked our tent for drugs. Luckily, they found nothing.
Since we had arrived after sunset, we hadn’t seen much the night before. But in the daylight, the place looked different—trash scattered around, makeshift huts, and wooden constructions suggested that people often gathered here. Yet, we hadn’t heard any parties. The whole area felt like an off-season party spot. We packed up and moved on.
At the exit road, we met other travelers. We sat in the shade, lost in conversation, and before we knew it, a car stopped to give us a ride. Hitchhiking is always a gamble—sometimes you wait for hours on a busy road, and other times, a car stops instantly in the middle of nowhere.
This time, the driver pulled over because he noticed the Emerica logo on my cap—he happened to own a skate shop. From that day on, it became my lucky cap. 
To top it off, the couple spoke English, which was rare in this part of the Balkans. We stopped for food along the way and spent hours chatting. It was one of those days that reminded me why traveling is so incredible. 
1 września 2017
Udało się! Dotarliśmy do Albanii – kraju, na który szczególnie czekaliśmy. Już na pierwszy rzut oka różnił się od pozostałych bałkańskich państw, które odwiedziliśmy. Najbardziej zaskoczył nas język – albański (Shqip). To jedyny język indoeuropejski, który tworzy samodzielną gałąź tej rodziny. Nie wywodzi się z greki, słowiańskiego ani łaciny, choć zawiera wiele zapożyczeń.
Porozumiewanie się było sporym wyzwaniem. Spisałem sobie kilka podstawowych zwrotów, które bardzo się przydały:
• Cześć! – Përshëndetje
• Jak się masz? – Si jeni
• Dziękuję – Faleminderit
• Tak – Po
• Nie – Jo
• Do widzenia! – Mirupafshim
• Przepraszam – Më falni


Co ciekawe, ta językowa bariera sprawiła, że zacząłem inaczej doświadczać otoczenia – mniej mówiłem, za to więcej obserwowałem i chłonąłem atmosferę tego niezwykłego miejsca.To doświadczenie okazało się dla mnie niezwykle inspirujące.
September 1, 2017
We made it! We arrived in Albania – a country we had been especially looking forward to. Right away, it felt different from the other Balkan countries we had visited. What surprised us the most was the language – Albanian (Shqip). It is the only Indo-European language that forms an independent branch of the family. It doesn’t originate from Greek, Slavic, or Latin, though it has borrowed many words from them.
Communicating was quite a challenge. I wrote down a few basic phrases, which turned out to be very useful:
• Hello! – Përshëndetje!
• How are you? – Si jeni?
• Thank you – Faleminderit
• Yes – Po
• No – Jo
• Goodbye! – Mirupafshim!
• Sorry – Më falni
Interestingly, this language barrier made me experience my surroundings differently – I spoke less, but I observed more and absorbed the atmosphere of this unique place. As a photographer, it turned out to be an incredibly inspiring experience.
2 Września, 2017

Ze Szkodry wyruszyliśmy do Tirany – stolicy Albanii. Już od pierwszych chwil miasto zaskoczyło nas swoją energią, różnorodnością i nieoczywistym urokiem. Albania, choć owiana wieloma mitami i legendami, okazała się miejscem pełnym ciepła, gościnności i autentyczności. Wszystkie wcześniejsze obawy, jakie mieliśmy przed wyjazdem, rozwiały się niemal natychmiast po przybyciu.
Przed podróżą słyszeliśmy opowieści – niektóre odstraszały, inne brzmiały wręcz jak legendy, ale rzeczywistość szybko je zweryfikowała. Zarówno w Szkodrze, jak i w Tiranie spotkaliśmy otwartych, życzliwych ludzi, którzy chętnie pomagali, uśmiechali się i zarażali pozytywną energią. Spacerując ulicami Tirany, czuliśmy puls miasta – pełnego kontrastów, historii i nowoczesności, które splatają się tu w niezwykle intrygujący sposób.
Ponieważ nasza podróż powoli dobiegała końca, te ostatnie dni spędziliśmy w atmosferze celebracji, czerpiąc radość z każdej chwili. Jednocześnie miałem poczucie, że nic tak naprawdę się nie zmieniło – gdyż każdy dzień przynosił nową przygodę, chwilę zachwytu i odkrywania. Z czasem samo bycie w drodze stało się czymś więcej niż tylko zmianą miejsca – było sposobem na doświadczanie życia. I mam wrażenie, że to uczucie zabrałem ze sobą na zawsze.
/
September 2, 2017
We set off from Shkodër to Tirana – the capital of Albania. From the very first moments, the city surprised us with its energy, diversity, and unexpected charm. Albania, though shrouded in many myths and legends, turned out to be a place full of warmth, hospitality, and authenticity. Any initial concerns we had before the trip vanished almost immediately upon arrival.
Before our journey, we had heard stories – some were discouraging, while others sounded almost like legends, but reality quickly put them to the test. In both Shkodër and Tirana, we met open, kind-hearted people who were eager to help, smiled warmly, and radiated positive energy. As we wandered through the streets of Tirana, we felt the city’s pulse – a mix of contrasts, history, and modernity intertwined in an incredibly intriguing way.
As our journey was slowly coming to an end, we spent these last days in an atmosphere of celebration, savoring every moment.
At the same time, I had the feeling that nothing had really changed – because each day brought a new adventure, a moment of wonder, and discovery. Over time, simply being on the road became something more than just changing locations – it became a way of experiencing life. And I feel like I took that feeling with me forever.
3 września 2017
Nieśpiesznym krokiem ruszyliśmy w stronę wylotówki. Przed nami ostatni kraj naszej podróży – Macedonia. Jechaliśmy tego dnia wiele godzin przez górzyste drogi Albanii, a wieczorem dotarliśmy nad jezioro Ochrydzkie – jedno z najstarszych i najgłębszych jezior w Europie, leżące na granicy Albanii i Macedonii Północnej.
Krystalicznie czysta woda od razu przyciąga wzrok, a otaczający krajobraz sprawia, że czas zdaje się płynąć wolniej.
Jezioro Ochrydzkie, wpisane na listę UNESCO, zachwyca nie tylko swoim pięknem, ale także unikalną fauną, florą i bogatą historią. To miejsce, w którym warto się zatrzymać. Panująca tu cisza i spokój pozwoliły mi na chwilę wytchnienia przed dalszą drogą.
/
September 3, 2017
At an unhurried pace, we headed towards the outskirts. Ahead of us lay the final country of our journey – Macedonia. By evening, we had arrived at Lake Ohrid – one of the oldest and deepest lakes in Europe, located on the border between Albania and North Macedonia.
The crystal-clear water immediately catches the eye, while the surrounding landscape makes time seem to slow down.
Lake Ohrid, listed as a UNESCO World Heritage site, fascinates not only with its beauty but also with its unique fauna, flora, and rich history. It is a place worth stopping at. The silence and peace here gave me a moment to catch my breath before continuing on.


🇵🇱 Wesprzyj moją podróż
Nazywam się Daniel Somber (ur. 1993 w Zamościu, Polska) – jestem niezależnym fotografem, artystą w drodze. Uwieczniam swoje podróże poprzez fotografię i słowo, odkrywając miejsca i ludzi w ich naturalnym otoczeniu.
Obecnie jestem w podróży po Ameryce Południowej – Peru to pierwszy kraj na mojej trasie, ale przede mną jeszcze wiele miejsc do odkrycia. Każda fotografia, którą robię, to fragment tej niezwykłej przygody, uchwycona chwila w drodze.
Jeśli podoba Ci się moja twórczość i chcesz wesprzeć moje podróże, możesz postawić mi wirtualną kawę! Dzięki Twojemu wsparciu mogę dalej eksplorować, fotografować i dzielić się tym z Tobą. ☕✨
/ ENG 

🇬🇧 Support My Journey
My name is Daniel Somber – an independent photographer and artist on the road. Through my lens and words, I capture my travels, discovering places and people in their natural surroundings.
I’m currently traveling through South America – Peru is just the first stop on this incredible journey, but there are many more places to explore. Every photo I take is a piece of this adventure, a glimpse into the world as I see it.
If you enjoy my work and want to support my travels, you can buy me a coffee! Every cup helps me keep exploring, capturing, and sharing more stories with you. ☕✨

You may also like

Back to Top